Zapuściłam tego bloga. Zapuściłam kontakty z moją M. Biegnie mi czas do przodu, licznik przeskoczył w trzecią dziesiątkę. I biegnie jak szalony dalej. Może dlatego zapuściłam te przemyślenia bo jest mi... dobrze. Bo coś się układa, bo czuję ciepło w środku. Wtedy mniej myślę o tym... ale gdzieś z tyły głowy lekki strach, że jak zapomnę za bardzo, to zaraz się coś przypomni samo.
Się przypomniało kilka dni temu. M. zadzwoniła na moje urodziny, w porządku, miło, w tym roku miło. A potem okazało się, że chłopak mojej koleżanki ma identyczną sytuację jak ja - czeka go długa droga sądowa, żeby nie płacić długów alkorodziców, związanych z zameldowaniem. Współczuję mu bardzo i trzymam kciuki. Bardzo. Mnie odkręcenie tego zajęło dwa lata... dwa lata stresu.
A do tego idą święta. Od lat już ich nie świętuję, a raczej robię to po swojemu. Bo dla każdego "święto" to coś innego. Oznacza to ogólnie: dzień inny niż zwykłe. Dzień radosny. Bożego Narodzenia nie świętuję, lubię zapach przypraw i igliwia, lubię dekoracje i ludzi, którzy uśmiechają się do siebie (jak akurat nie myją okien i nie biegają na szopingu). Do M. już od lat nie jeżdżę. Brrrrr. Zresztą całe lata wigilia nie była niczym niezwykłym, byłyśmy sobie we dwie z M. albo z kolejnym jej facetem, zjadało się co miało zjeść, oczywiście przy grającym telewizorze, chwila wzruszu, jakaś łza, prezent i spór o choinkę. Bo M. zawsze chciała sosnę z czerwonym przybraniu. A po kolacji ja wychodziłam z przyjaciółmi "na pasterkę" czyli wtedy do jedynej, czynnej w małym miasteczku knajpki. Teraz knajpki same robią "pasterki", cóż, znak czasów. Choć pamiętam też wigilię "za bajtla" na wsi, u cioci, dużo śniegu, na piechotę w nocy do kościoła, tłum rodziny. Dla dziecka to było naprawdę fajne i magiczne, żałowałam tylko, że choinka jakaś taka łysa, a nie jak z obrazka, co teraz mnie bawi bardzo. Zwłaszcza, że teraz już wiem co to podłaźniczka i że w domu moich dziadków to ona wisiała.
Tak więc wigilia znaczyła "wieczór z dobrym jedzeniem". Teraz znaczy: wieczór, przed którym muszę sie nagimnastykować jak gupia, żeby się z niego wywinąć. Bo M. już wie, że nie przyjadę. Odwiedzę ją wcześniej tylko. Zrobię zakupy. Posmucimy się. Rodzina Ojca mnie zawsze zaprasza i naprasza. Zawsze odmawiam. Jeżeli cały rok nie potrafimy ze sobą normalnie rozmawiać, nie będę udawać w jeden wieczór, że jest fajnie, miło, kochająco i chrześcijańsko. To bardzo wbrew mnie, nie będę się do tego zmuszać, tylko się wszyscy zmęczymy od zaciskania zębów. Mój ojciec mówi, że jestem taka dzika przez ich rozwód. Szkoda, że nie widzi tego, że to w jego oczach jestem dzika = mam swoje zdanie, tzn. nie żyję wg jego wizji mojego życia. A kiedy wreszcie to dziecko i kiedy wreszcie mąż? No i do kościoła, no i mogłabyś wreszcie znormalnieć. Nie mogłabym i nawet nie jest mi przykro z tego powodu.
Już kilka razy spędzałam wigilię sama, czasem był przy mnie ktoś bliski, czasem kaflok grzał mi plecy. Czasem byłam w górach i to też było fajne. W zeszłym roku stawiłam opór społeczeństwu i przyjaciołom, którzy nie mogli zrozumieć, że nie siedzę i nie płaczę w rękaw sama w domu (choć jest mi bardzo miło, że mnie zapraszali do siebie). Za to leżałam z książką i muzyczką, paliły się kolorowe lampki, bo lubię ich światło i nawet miałam dobre jedzenie. Naprawdę było mi dobrze. A w środku nocy odwiedził mnie miły gość i to też było bardzo ważne. To były MOJE święta. Mój niezwykły wieczór, moja wizja świątecznego czasu. Było tak, jak chciałam.
Tylko trzeba się bardzo postarać nie myśleć, co ona teraz robi, jak spędza ten czas. Z kieliszkiem, z resztą towarzycha. Jest mi z tym smutno ale... egoistycznie wybieram siebie. Zła córka egoistka.
Ja naprawdę chciałabym żeby było jej w życiu dobrze... tak ogólnie. W święta nie widzę dla nas rozwiązania. Wziąć ją do siebie? No way. Nie przyjedzie to raz, nie powstrzyma się od alko to dwa, umęczymy się obie, bo rozmowa z nią jest bardzo męcząca dla mnie, nie słucha, jest w swoim świecie. Mam wrażenie że alko przeżarł jej komórki mózgowe. Ja pojechać tam? Na wieczór z ochlejami, przytykami i alkoholem. No way.
Tak wiec w tym roku też - My Way. Moje Święto. Mój niemalże-święty spokój i moje lampki. I moje za twarde pierniki w zwierzątka. I mój gość nocną porą, który przyjedzie spędzić ze mną czas, kiedy już poświęci czas swojej rodzinie - i to tez jest ok. Życzę Wam w te święta - niech to będzie Wasz czas, niech Wam będzie dobrze. Jakkolwiek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz