Znów chce mnie wizytować MOPS (ośrodek pomocy społecznej), w mieście mojego zamieszkania. Tak wiem, to standardowa procedura, a jednak denerwuję się. Przed przyznaniem pomocy osobie nasze Państwo wpierw się upewnia, że rodzina delikwenta nie może mu pomóc we własnym zakresie. Już miałam jedną taką rozmowę. Przez telefon pada znów to słowo - alimenty, skurcz żołądka.
Chodzi o alimenty, jakie dziecko płaci rodzicom - jeżeli nie wiedzieliście, że takie istnieją, to witajcie w naszej bajce. Tak samo jak w wypadku odwrotnym, sytuacja indywidualna POWINNA być wzięta pod uwagę, a w praktyce - znów samodzielna decyzja przedstawiciela wymiaru sprawiedliwości. Taki widzimiś sędziego, ludzi z OPSu itp, uwielbiam tą loterię wyroków i nastawień.
I znów wiem, że JA będę się TŁUMACZYĆ. Dlaczego to, a czemu tamto. Co już zrobiłam, jakie mam nastawienie, dlaczego chcę czegoś lub nie chcę. Że znów ja mam dbać o kogoś, kto o mnie nie dba w ogóle. Bo na przykład, kiedy moja M. jest w złej fazie to "pieprzy to i nie będzie podpisywać tych świstków" w Urzędzie Pracy. Nie jest bezrobotna = nie ma ubezpieczenia. I do kogo zapuka szpital jakby coś jej się stało? Do mnie. To chyba jeden z moich największych lęków. I znów: jedni martwią się przyszłością dzieci, inni mają rodziców. I znów obca osoba, której od początku, w koło macieju. Pisma z rozpraw, pisma do sądu. Udowadnianie zarobków i wydatków. Obrona konieczna.
Zła córka odc. nasty. Jeśli nie dziesty. Bo Matki zawsze są dobre.
Trzymam kciuki mocno. Dbasz o siebie. To naprawdę najważniejsze.
OdpowiedzUsuń