piątek, 18 lipca 2014

Żółwica

Wpadam tam raz na jakiś czas. Zwykle bez zapowiedzi. Nie ma po co się zapowiadać, teraz to już nic nie zmienia. Tak było też ostatnim razem. Przynoszę zakupy ze sobą, za 40 złotych. Dycha do ręki, nie więcej, bo mimo zapewnień i tak to przepije. Patrzę na nią z dystansu. Schudła okropnie, nalana twarz. Jestem wielkim wyrzutem sumienia. Kiedy nie przychodzę. Kiedy przychodzę. Kiedy daję tą dychę - że tak mało, że w ogóle daję. Siedzi na trzepaku przed tą ruderą, w której teraz mieszka. Nie wytrzymuję tam nigdy długo. Rozmawia się z nią już bardzo trudno. Zresztą, zwykle jest pijana. No i boże, jaki tam jest syf... w głowie mi się nie mieści jak to możliwe, że tam mieszkają ludzie. Że tam mieszka ona. Moja mama. 

To początek historii, więc powiem o samym początku. Pamiętam, że jak miałam pięć lat narysowałam jej laurkę na urodziny. Oprócz kwiatków i życzeń narysowałam kieliszek, taki do szampana i przekreśliłam na czerwono. Napisałam pod nim: mamo, nie pij. Obraziła się wtedy na mnie. Powiedziała, że podpuściła mnie babcia. Pewnie miała trochę racji. Trochę. 

Przez chwilę chodziłam na terapię. Odpuściłam z wielu powodów. Ale nie mogę powiedzieć, to był fajny człowiek, rozumiejący. Po trudnej rozmowie zobaczył jak ukradkiem ocieram oko. Zapytał czy płaczę. - Ja nie płaczę przy ludziach, a zwłaszcza przy obcych - odpowiedziałam. Wtedy powiedział mi, że mam grubą skorupę. Że żółwie z Galapagos przy mnie wymiękają. Obawiam się, że akurat miał rację. Obawiam się, że popłaczę sobie w rękaw monitora przy tym blogowym pomyśle. No cóż jak sobie pościelisz, tak się g.wno wyśpisz. To było tak, tytułem wstępu. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz