I nic nie wiem.
I nie udaje się pogadać czy dodzwonić.
I tylko brzuch mnie boli z tego i takie miejsce po lewej stronie.
I tylko nerwowość straszna i nagle wysyczająca się ze mnie złość.
I tylko młócę tą wodę w basenie aż do bólu.
Albo jak wczoraj chowam się w kinie żeby nie myśleć. Patrzę na przesuwające się obrazki. Udające życie.
I tylko te niepotrzebne łzy.
I złość na siebie, że myślę o uczuciach wszystkich wokół.
I coraz częściej się przekonuję, że to jakaś skaza.
Bo jakoś nikt się nie zastanawia, co ja tam czuję w środku.
Tylko kto ma defekt, ludzie czy ja?
I znów to smutne pragnienie: chciałabym być gdzieś daleko stąd.
Ale to pragnienie, żeby uciec od siebie samej. A to się nie da. Gdziekolwiek ucieknę, siebie zabiorę ze sobą. Gdyby tak dało się odkręcić sobie głowę. I wysłać ją na Mityczny Madagaskar.
I nie wiem jak komuś będzie ze mną dobrze, kiedy mnie nie jest.
I leżałam rano pod kołdrą, patrząc na zacinający deszcz. I tak bardzo czasem nie chce się żyć. Mimo tylu dobrych spraw, chciałoby się odkręcić głowę i mieć wreszcie spokój myśli.
I nadal nic nie wiem. Nic.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz