Lubię pływać, to jak ćwiczenie zen. Skupiam się na doskonaleniu gestu, kontroluję oddech, liczę długości. Taka mantra, uspokojenie umysłu. Woda była dziś przyjemna, bardziej błekitna, niż szare ciężkie niebo za oknem. Oddech, gest, cyfry.
I tak, ja też mam w żyłach tą truciznę.
Albo miewam.
Wypijam lampkę wina przed snem, żeby zasnąć.
Bo mimo zmęczenia nie mogę.
Bo mimo zmęczenia siedzę i patrzę jak pada deszcz. Za oknem. We mnie.
I tak, natrętnie myślę, że może ona też tak zaczynała, niwinnie, na problemy.
I może ja też skończę tak samo, samotna, w jakimś zimnym, wilgotnym, zapomnianym miejscu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz