Nie mogę się skupić na pracy, której mam dziś naprawde dużo. Szukam tu ujścia, zamiast robić co mam zrobić. Więc opuszczam się w pracy i zmuszam nawet do prostych czynności.
I nagle gdzieś pryska radość, którą mam, choć jest naprawdę wiele rzeczy, z których się mogę cieszyć. Małych, dużych. Coś co jeszcze wczoraj dało mi dużo radości, stalo się nagle obowiązkiem, przytłumiło. Mam ochotę się zwinąć w kulkę i zasnąć. Uruchamia mi się senność jako mechanizm obronny mózgu.
I znów muszę wyjść z tego, otrząsnąć się, przypomnieć sobie, jak się uśmiecha. Nie znoszę tego, nie znoszę. Dlatego tak bardzo marzę o św. Spokoju. Żeby mnie nic tak łatwo nie wytrącało z równowagi, którą z trudem łapię. Ile razy mogę się ustawiać do pionu i tracić go w jednym tygodniu?
Szlag by to trafił.
Chcę się cieszyć. Nie być wciąż zmierzła i humorzasta. Za oknem wyszło słońce, złoci się klon. Chcę się tym cieszyć, a nie siedzieć tu z marsem na czole. Chcę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz