Telefon milczy bo przecież nie ma jak zadzwonić do mnie.
Do czasu. Jak coś potrzeba to wiadomka, nagle się sposób znajdzie.
Zawsze jak odbieram numer tego jej gacha, to myślę, że coś się stało. Głupie, wiem.
Stało się tyle, że poślij mi dwadzieścia złotych jakbyś mogła.
Ale jak mam Ci posłać? Za przelew pocztą zapłacę prawie połowę z tego, to trochę bez sensu, a poza tym on idzie 3 dni. No to jak? No nie wiem. Ja też nie wiem.
Już ostatnio było: daj na obiad. Dałam. Jak zwykle zresztą.
Ja wiem, że ona dużo włożyła we mnie, jak było w drugą stronę "mamo daj". Ja też już nieraz opłacałam różne rzeczy... serio. Prąd. Wcześniej inne rachunki. Zapłaciłam za eksmisję. Zakupy duże jak przyjeżdżam to standard. Drobniaki do kieszeni, bo duże przechleją.
A jednocześnie nie zamierzam być skarbonką na gwizdnięcie.
No nie i już. No więc pocztą bez sensu, to nie mam jak.
A w ogóle to co trzeba? Pojechać do Stasia. Na autobus nie ma.
Staś ostatnio dzwonił. Mówił rozżalony, że się umówili i czekał półtora godziny. Poszła sobie gdzieś i nie przyszła. To co tak nagle do Stasia? No bo... ma mieć jakieś pieniążki. Aaaa no to o to chodzi. A to autobus do wioski pod miastem kosztuje 20 zł?
No nie, ale nie będę Cię przecież prosiła, żebyś mi 5 złotych posłała.
No i co, śmiać się czy płakać drodzy Państwo?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz