Nie wiem czy też tak macie, że dany zapach wywołuje falę wspomnień. U mnie bardzo silny mechanizm. Wczoraj wchodzę na klatkę schodową, czuję zapach spalenizny. Mój rozum mówi: spokojnie, to sąsiedzi z dołu, ktoś przypalił obiad, nie pierwszy raz. Każę swoim nogom iść spokojnie. Skąd to? Czy zapomniałam kiedyś wyłączyć żelazka? Nie. To retrospekcja.
Przyjechałam na weekend w czasie studiów. O ja głupia, poszłam jeszcze na chwilę na spacer po mieście. Jak zawsze chciała dobrze, nastawiła jakiś garnek z czymś na gaz. Pewnie z jakąś zupą, moja koleżanka nazywała ją mamą "zjedzcie zupkę". Bo przecież trochę zupki zawsze zjecie? Tak, to było miłe. Nie była złą matką. Serio. Ale też jak zawsze - była pijana, zasnęła w pokoju obok. Wchodząc do klatki myślę: to na pewno nie u nas. Ktoś przypalił obiad. Bije mi mocno serce, za chwilę już biegnę. Wiecie... te srebrne garnki strasznie śmierdzą jak się spalą. Stopią. Ściany, zasłony, ubrania, wszystko nasiąka tym dymem. Wietrzenie nie pomaga, wspomnienie tego zapachu zostaje w mieszkaniu na bardzo długo. I ten lęk.
I: a gdybym nie poszła na spacer. A gdybym poszła na dłuższy...
Rozum sztucznie spowalnia kroki na schodach. Idę spokojnie. Moje serce biegnie po schodach do góry. Otwieram drzwi, mocno wciągam powietrze. Wszystko w porządku. To tylko sąsiad przypalił obiad. To tylko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz