środa, 19 października 2016

Spokojnie mówiąc o agresji

Nie wiedziałam, że tyle jej w sobie mam.
Miałam dużo żalu, trochę wstydu, pretensji. Uświadomiłam sobie jakie ogromne pokłady złości noszę pewnego poranka, kiedy obudziłam się ze ściśniętymi szczękami i z walącym sercem, cała spięta.

We śnie krzyczałam na nią, kopałam w drzwi, waliłam w nie pięścią.
A moja matka stała w naszym niby-domu, zdziwiona bardzo, patrząc na mnie tym swoim wzrokiem zagubionej dziewczynki. W tym śnie, w tym domu nie było dla mnie miejsca i byłam na nią ZŁA. W tym śnie nie mogłam już więcej spać w swoim pokoju. Byłam zazdrosna, byłam wściekła.

Zaczęłam siebie obserwować... i tak, mam dużo żalu, jest mi przykro, mam wiele wstydu. Ale nie wiedziałam, że tyle agresji, w jej stronę. I trochę czuję, że to jest... poprawne, że mam do tego prawo. A z drugiej strony mam poczucie winy. Mimo to, że w jej życiu nie ma już dla mnie miejsca.

Przecież to moja mama...
Przecież.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Spokój kruchy jak lód

Mimo pozornego spokoju nie zapomniałam wcale, że życie z moją rodziną jest pełne niepokojów.
I nawet kiedy przez jakiś czas jest względny spokój, to coś we mnie czujnie czeka. Jakby czujnie spało małe zwierzątko, taka mysz, w każdym momencie gotowa poderwać się na nogi i łowić szelesty. 
Nie ufa żadnemu połączeniu, że tylko "tak sobie dzwoni, pogadać". Bierze trzy wdechy przed odebraniem telefonu od niej. Zawsze. 
Przez czas jakiś... jaki w sumie nie wiem... spała spokojnie. Pracuję, wyjeżdżam, zajmuję się swoim życiem, jak radzą wszystkie poradniki, staram się walczyć ze swoimi strachami, być z kimś nie raniąc siebie i ktosia. 

Już nie od dziś wiem, że jej facet jest chory. Nerki padły. Od kilku dni jest w szpitalu. 
Nie lubiłam go - to mało powiedziane. Ale już od jakiegoś czasu był zbyt słaby by podskakiwać. 
Zrobiło się tak jakoś... spokojniej. Nie odbierałam telefonów z burdami, choć mówiła o tym, jaki jest zmierzły przez to że chory. Że wypić nie może. Że pali i tak. Jak się to mówi... każdego szkoda.

A ja wciąż myślę... co teraz będzie. Co teraz będzie z nią. Jak to znów wpłynie na moje życie.
Egoizm...? Chyba tak. Zdrowy egoizm? Nie wiem. Zachowywanie bezpieczeństwa pomimo palących się sygnałów alarmowych wokół.

Myślę o tym, że wróci do Tymczasu. Koleżkowie, sąsiadeczki. Chlanie. Nie będzie jej miał kto pilnować. Jaki bywał, taki bywał, ale pilnował. No i kolejny powód do picia, dla niej. Znów się zaczną telefony. Albo zaniki łączności, kiedy nie będę wiedziała gdzie jest i co się z nią dzieje. Znów zostaje sama... przekleństwo samotności. Obawiam się, że odziedziczyłam to w genach. A może mamy to wszyscy od pierwszych rodziców.

I tak sobie myślę czasem... czy ja nie mogłabym mieć w życiu tylko swoich problemów?
"Każdy ma w życiu dwa problemy. Jeden się nazywa mama, a drugi tata." Nie pamiętam kto to powiedział.

Czuję garb, czuję obciążenie, coś mnie przygniata. Spokój kruchy jak lód pęka we mnie.
Co to znów dalej będzie. Mimo, że teraz już jestem mądrzejsza i nie rzucam wszystkiego by jechać sprawdzać, co tam się dzieje. Mysz już otwiera oczy i spina mięśnie. Trzeba przygotować się znów na atak rzeczywistości.

Niespokojna dziś noc dla nas wszystkich. 

Zwyczajna herbata

Pojechaliśmy do małego miasta.
On z oporami, ja w lęku. Lęku o wstyd chyba. Sama nie wiem.
Może przekonała go moja przyjaciółka, która powiedziała: ja bardzo jej mamę lubię.
Oboje się zdziwiliśmy tym. Choć w sumie... nie powinnam. Ją się lubi.

Wdech. Wydech.
Przyszła ubrana zwyczajnie. Trzeźwa. Kontaktowa, jak to ona.
Wypiliśmy razem herbatę, kawę.
Pogadaliśmy.
Mówiłyśmy do siebie swoją domową gwarą.
Coś zjedliśmy.

Wdech. Wydech.
Złudne poczucie normalności.
Ulga. Dobrze.

I ten paskudny żal, że przecież tak by mogło być... zwyczajnie.
Wypijać razem herbaty i opowiadać co u siebie.
Mamo.

środa, 27 stycznia 2016

Jak mówić by powiedzieć

Wczoraj myślałam o tym, że był dzień babci, a ja już nie miałam do kogo zadzwonić. Ciocia zmarła niedawno. Ostatnio prowadzę projekt, który wiąże pokolenie wnuków z pokoleniem dziadków. Właściwie to obserwuję relacje, których miałam niewiele. Czy to wyraz jakiejś tęsknoty? Nie wiem. 
Ale patrzę na relacje rodzinne... i jestem zdziwiona. Że takie mogą być. Piękne. 

Wreszcie dotarłam do ściany. Z końcem roku kilkakrotnie przyznałam się przed sobą samą, że nie radzę sobie ze swoimi emocjami. Postanowiłam po milionie namów moich przyjaciół pójść do specjalisty. To dziś. 

Runda trzecia, tak właściwie. Pierwsza to była porażka. Dowiedziałam się mnóstwo i życiu pani psycholog, za to niewiele powiedziałam o własnym. Właściwie jak zaczynałam mówić, to mówiła: tak wiem, tak się spodziewałam - i przejmowała wątek. Moi znajomi uczestniczą w terapiach, na szczęście wiem, że to nie powinno tak wyglądać. 

Runda druga nie była zła, pan był terapeutą dla uzależnionych i ich rodzin, w takim ośrodku. Uważam go za fajnego człowieka, to były w porządku rozmowy. Tylko że jakby... nie miał dla mnie czasu. Tam były ciężkie przypadki, że tak to nazwę, on jakby nie miał czasu na moje grzebanie we flakach i otwieranie powoli mojej skorupy. Pracował jak interwencja, słyszałam zresztą kto po mnie wchodził. Żona, która po raz kolejny przyciągnęła za fraki męża, żeby go ten pan ustawił do pionu. Chciał za wszelką cenę mnie wcisnąć na grupową terapię. Więc po prostu przestałam przychodzić. Mimo to, pamiętam kilka jego rad, były dobrze.

Runda trzecia dziś. Chyba trudno być terapeutą i nie przenosić na pacjentów swoich spraw, nastrojów, doświadczeń. A może to tylko moja pieprzona empatia znów dochodzi do głosu. Pieprzona, bo nie jest z nią w życiu łatwo. Szybko się siebie zrzuca na drugi plan... ale tym razem to nade mną mamy pracować. Mam szczerą wolę. Można trzymać kciuki. 

Ostatnio zapytałam: skąd się bierze ten chochlik w głowie, który mówi: nie dasz rady, nawet nie próbuj, jesteś za słaba. Z niezaspokojonych potrzeb dziecka w wieku 2-4 lat. Odpowiedziała moja przyjaciółka. To dwulatek w Tobie, który beczy, bo się boi i chce żeby go ktoś przytulił i powiedział, że będzie dobrze. Pisze mój kolega. 

Czy się boję? Chyba nie. Mielę tylko w głowie, co odpowiedzieć na pytanie: co się dzieje, dlaczego Pani tu przyszła? Od czego zacząć? Dda? Paraliżujące relacje z rodziną? Dwulatek we mnie, który przejmuje zbyt często kontrolę? Samotność w tłumie ludzi? I tylko nie beczeć. Nie znoszę płakać przy obcych. Jestem miękka... nie możesz mnie złamać. Trzeba ugniatać. Do roboty. 

wtorek, 29 grudnia 2015

Światełko

Rozchodzą nam się ścieżki coraz bardziej, coraz trudniejszy kontakt. Kolejne trudne sytuacje spadają na nią jak deszcz, coraz mniej ja pomagam, coraz mniej mnie jest. To nie zmienia faktu, że się martwię.
Święta osobno. Nawet nie wiem co u niej, telefony milczą. 

Niedawno poznałam kobietę i jej nastoletnią córkę. Przyglądałam się im. Kobieta jest w moim wieku, dziewczyna - impreza. Wesoła, rozrywkowa, może ciut lekkoducha, może trochę za często alkohol. Patrzę jak jej córka garnie się do ludzi. Jak czujnie obserwuje, co robi mama. Gdzie idzie i z kim. W nocy sprawdza czy mama wróciła i czy śpi. Zajmuje się sobą, robi śniadanie. Patrzę i ściska mnie w dołku. Bo wiem, co się dzieje, bo wiem, jaka ona będzie. Bo moja matka była taka sama. Po prostu wiem, co robi i czuje ta dziewczynka. Widzę jej czujność. Wiem, jaka będzie. Widzę kto w tym tandemie jest dorosły. Niestety przedwcześnie.

Stałam często w oknie albo raczej wisiałam na parapecie. W nocy. Mieszkałyśmy na drugim piętrze wysokiej kamienicy, na szczycie stromej ulicy. Kiedy się wychyliłam z okna widziałam ją całą, całą ulicę. Czekałam i czekałam, martwiłam się co moja mama znowu wywinęła. Nie mogłam pójść spać zanim nie wróciła, wyobraźnia mi podpowiadała co mogło się stać. Może imprezuje z kimś, może się przewróciła pijana i gdzieś leży. Oglądałam drzewa i gwiazdy, czasem czekała ze mną kotka. W końcu widziałam z daleka, jak chwiejnym krokiem idzie chodnikiem pod górkę. Ulga, ogromna ulga. Wtedy gasiłam światło, kładłam się do łóżka i udawałam, że już dawno śpię. Ale leżałam i nasłuchiwałam, jak ledwo trafia do zamka i jak próbuje być cicho "żeby mnie nie obudzić".

Za to w święta myślę o świetle i jest mi przykro. I znów myślę, że przecież ona nie była złą matką. Nie jest złą kobietą, nie chciała być. Ja też często wracałam późno. Zawsze zostawiała mi w kuchni małą lampkę. Albo w święta paliły się światełka. Wracałam do domu przez ciemny park i z daleka widziałam małe światełko, tylko jedno w całej ciemnej kamienicy. Dla mnie. Zapalała, żebym wiedziała że w domu ktoś na mnie czeka. Może udawała, że śpi. 

I tak na siebie nawzajem czekałyśmy. Aż nam się drogi całkiem rozeszły. 
Dziś zapalam sobie światelka sama. Może ona też, tam gdzieś zapala i o mnie myśli
Do dziś lubię, kiedy pali się w oknie światło, kiedy wracam do domu. Jakoś tak lepiej wtedy na sercu. 
Może już niedługo... 

piątek, 23 października 2015

apiać od nowa

Day 1 (sytuacja w pracy)
- Wie Pani, ja prowadzę firmę w <małe miasto>. I do takiej prostej, nie wygórowanej ani wymaganiami ani finansowo pracy nie mogę znaleźć pracowników. Solidnych pracowników. Ostatnio była u mnie taka fajna Pani, po 50tce i się dowiedziałem w którymś momencie, jak duży ma problem z alkoholem.
- No tak. Tak się składa, że znam ten region i wiem, że bezrobocie tam kwitnie, a dużo osób ma problemy z alkoholem.
- No tak, naprawdę, praca jest. Ale po co, skoro właściwie mają wszystko co trzeba, oczywiście w minimalnej, wystarczającej formie. A jak mam zatrudnić pracownika, który co jakiś czas nie przyjdzie do pracy. To jest u nas duży problem.
- Tak, to duży problem w tym mieście. Potrzebne są rozwiązania systemowe i zmiana systemu świadczeń.
(fą fą fą, pierdololo, duże kłopoty, które są daleko, dyskutujemy z oddalenia)

Day 2 (telefon, też w pracy)
- Pani U, mama nie odbiera telefonu
- Tak wiem, też do niej dzwonię od paru dni i nie odbiera
- Nie wie Pani co się tam dzieje?
- Oprócz tego, że jej facet zachorował to nie mam pojęcia.
- A ja wiem. Ona znowu jest w ciągu.
- ... myślałam, że jakoś sobie to poukładali.
- Poszła od niego i jest znowu na tym socjalnym mieszkaniu.
- Aha. No to tego nie wiedziałam. Ale spodziewałam się, że będzie problem, bo on teraz nie może pić i pewnie jest zmierzły strasznie i trudno się z nim dogadać.
- No i wymaga opieki. Miała się nim opiekować. Ale się powadzili i ona sobie poszła. Pewnie dlatego, że chciała się napić.
- No cóż, widać są ważniejsze rzeczy...
- Mnie naprawdę jest jej bardzo żal. Byłem tam ostatnio, dałem jej trochę pieniędzy, na jedzenie.
- I myśli Pan, że naprawdę poszło to na jedzenie?
- No nie poszło, potem tam jeszcze byłem, to leżeli pijani. A teraz nie odbiera.
- Panie S. mnie też jest bardzo żal. Ale choćby Pan chciał i ja bym chciała, to to naprawdę jest za mało.
- Ja bym chciał jej pomóc...
- Ja też bardzo bym chciała. Gdyby powiedziała do mnie: córko, pomóż mi, chcę się z tego wyleczyć, coś zmienić. To ja bym zrobiła wszystko, żeby jej pomóc. Ale tak nie jest.
- Ja też bym chciał, żeby się leczyła.
- I naprawdę dawanie jej pieniędzy do ręki skończy się tylko w jeden sposób. Ja rozumiem, że Panu jest żal i ma Pan dobre serce, i chce Pan pomóc. Ale naprawdę nie wiem, co możemy zrobić. Pan nie zauważył, że Ona Pana wykorzystuje? Że jak chce pomocy to nagle odbiera telefon? Albo pieniędzy.
- No tak, to prawda. Przykre...
- Mnie też jest przykro i wstyd mi za nią.
- Ale wie Pani, ja Pani coś powiem. Ona ostatnio dostała podobno drgawek. Może to padaczka?
- ...
- Nie no przepraszam, że Pani z tym dzwonię. Ale nie mam z kim o tym porozmawiać. Potem się pozbierała i już jej było lepiej.
- ... Mnie też jest przykro, ale naprawdę nie wiem, co mogłabym zrobić.
- Ja się martwię.
- Ja tak ogólnie na co dzień to udaję, że się nie martwię. Ale tak, też się martwię tam w środku. Tylko jeśli ona nie chce nic zmienić, to nic się nie zmieni. Jakbym umiała do niej dotrzeć, zrobiłabym to już dawno. Nie mam na nią wpływu i na to, co robi. Jest dorosła i nie odpowiadam za jej decyzje. Jest dorosła. Nie mogę na siłę nic zrobić.
- No tak. Dobrze, że chociaż z Panią mogę o tym porozmawiać. Do widzenia.

I teraz powtarzać to sobie apiać od nowa.

piątek, 2 października 2015

Wyrzuty sumienia

Od czasu ostatniego wpisu widziałam ją dwa razy. I naprawdę wciąż nie umiem powiedzieć, czy czuję się gorzej, kiedy jest w stanie złym, czy kiedy jest w stanie dobrym. 

Kiedy jest w złym, jestem usprawiedliwiona. Mogę być zła, mogę skrócić czas spotkania, mogę uciec z ulgą. Tak było za pierwszym razem, kiedy przyszła "drinknięta" jak się to mówi czasem. Więc mogę wtedy być zła. I byłam, naburmuszona. Siedziałyśmy na herbacie, potem na ławce na rynku. Poszła do toalety, siedziałam na ławce i czekałam na nią. Nie wraca. No nic, czekam. Po jakimś czasie zaczęłam się martwić. Może pójść za nią? Rozglądam się... a ona stoi na środku rynku z miną jakby się miała rozpłakać i rozgląda się. Zgubiła mnie. Zapomniała, na której ławce siedziałam. Nie widzi mnie. I jeszcze oczywiście ochrzania, że czemu na nią nie czekam. Gdy nie ruszyłam się z miejsca. Wyjeżdżam rozgoryczona, zaciśnięta w środku w kamień, patrzę przez okno busika z ulgą. 

Za to następnym razem przyszła trzeźwa. Wyglądała dobrze, trochę przytyła. Nawet oko pomalowała, to dobry znak. Wszyscy mówią, że dobrze wyglądam! Chwali się. Siedzimy przez godzinę na herbacie i rozmawiamy, sensownie. Żartuje. Ma dziwnie napięty, duży brzuch, oczywiście nie pójdzie do lekarza. Idziemy do rosmana bo coś tam chce, wciskam jej jakiś mały pieniądz, jak zawsze "nie na alkohol". Macha na odchodnym, bo to taki nasz zwyczaj, nie można iść bez odwrócenia się i pomachania. Machało się też z okna, zawsze. Do teraz tak mam. Machamy. 

I wtedy wszystko mi się rozdziera w środku, pękają mi wszystkie szwy. Bo dlaczego tak nie może być, dlaczego nie możemy przyjechać do niej na kawę, czemu nie jak inne matki, czemu była, a teraz jej nie ma. I to straszne uczucie, że przecież taka fajna z niej była kobieta, ciepła, lubiana. Macham, a potem odwracam się szybko i idę przed siebie, choć przez chwilę nic nie widzę. Myślę, że ona ma to samo. 

Wyrzuty sumienia. To jest to. Mocniejsze, kiedy nie mogę zagłuszyć ich złością. Może mogłam zrobić coś więcej. Może powinnam. Dużo ostatnio o nich rozmawiałam z moimi przyjaciółkami. Każda z nas jest nimi naszpikowana, to co powinno się, to, co trzeba. To co ludzie myślą o nas. To, czego rodzice wymagają od nas, to co, im się należy. To, czego by się chciało, ale się tego nie dostaje. Obiad, który jesz mimo, że ci rośnie w ustach. Święta, które spędzasz, choć masz ochotę uciec. Moje się inne, niż te ich. Ale wszystkie opierają się o wybranie swojego dobra, zamiast czyjegoś. Trudna do zrealizowania, ale dobra rada brzmi: 
„Nie wszyscy toksyczni ludzie są okrutni i pozbawieni troski o innych. Niektórzy naprawdę nas kochają. Wielu z nich ma dobre intencje. Większość jest dla nas toksyczna po prostu, dlatego że ich potrzeby i sposób istnienia w świecie zmusza nas do poświęcenia siebie i naszego szczęścia. To nie są ludzie z gruntu źli, lecz ludzie nieodpowiedni dla nas. I jakkolwiek trudne to nie będzie, musimy pozwolić im odejść. Życie jest wystarczająco ciężkie nawet bez towarzystwa ludzi, którzy ściągają nas w dół. I jak bardzo byś się o kogoś nie troszczył, nie możesz zniszczyć siebie dla dobra drugiej osoby. Musisz uczynić swoje dobro najważniejszym. Czy to oznacza zerwanie z kimś, na kim ci zależy, kochanie członka rodziny „na odległość”, pozwolenie by odszedł przyjaciel lub wyjście poza sytuację, która sprawia ci ból – masz pełne prawo, aby odpuścić i stworzyć dla siebie bezpieczniejszą przestrzeń.” 
Daniell Koepke
Skutek uboczny: wyrzuty sumienia. I teraz tylko jeszcze poproszę: jak sobie z tym radzić. 

wtorek, 26 maja 2015

Dzień jak co dzień

Pierwsza, żona mojego ojca (bo właściwie poza tym nic nas nie łączy) odpisała, że dziękuje. 

Druga, ta przyszyta ucieszyła się i długo szwargotała do słuchawki mimo pękniętej w piwnicy rury. 

Trzecia, ta prawdziwa, ma wyłączony telefon. Parę dni temu z sztywnej (bo na jej rauszu) rozmowy zrobiła nam się nagle głupawka i pośmiałyśmy się razem. Dziś być może o mnie myśli, połączenie nie może zostać zrealizowane. Skontaktuj się z infolinią, w sumie, mogłabym do nich zadzwonić i życzyć im wszystkiego najlepszego. Na jej cześć dolewam sobie pigwówki do herbaty na sen i patrzę jak alkohol wiruje w kubku. 

Zastanawiam się, dlaczego dda muszą być tym dorosłym osobnikiem. W nawiązaniu do artykułu z wpisu wcześniej: czemu to ja mam być tą zawsze cierpliwą, wyrozumiałą i mądrą? Zwłaszcza jeśli ktoś dla mnie nie jest. Dlaczemu. 

Happy Freak Mother's Day. Or Freak's. 

M Day

Dziś zamiast raportu o stanie duszy wlepiam poruszający tekst o braku cierpliwości.
Te relacje chyba nigdy nie są proste... tak często rodzice są nie z naszej bajki, pytanie tylko jak te bajki posklejać i ile do tego trzeba woli z obu stron.

Nie mam do Ciebie cierpliwości Mamo.

wtorek, 12 maja 2015

Rodzina

Czas sobie mija i biegnie swoimi torami. Idę do przodu starając się nie oglądać za siebie.

Na dzień babci dzwonię do cioci. "Ale jo ni ma Twoja babcia"! Odpowiada niby oburzona, ale tak naprawdę się śmieje. Ma 84 lata i jest siostrą mojej babci. Obu babć już dawno nie mam.

Na dzień matki napiszę do trzech osób. Do macochy - bo powinnam. Do drugiej, tej prawdziwej, powinnam pojechać i pewnie by się z tego ucieszyła. Jakoś tam. Jakoś dziwnie lawiruje mi czas i szukam wymówek. Tylko do trzeciej odezwę się, bo po prostu mam taką ochotę - i nie jest to ta prawdziwa, tylko taka trochę przyszyta. W dodatku chyba się gniewa, że ostatnio się mało odzywam. Żadna z nich w sumie nie wie, że nie mogę się skupić tylko na jednej, bo jest ich wiele, niby wiedzą, ale. Przecież jedna to macocha, przecież druga to alkoholiczka, przecież trzecia to koleżanka. Misz - masz. Rodziny patchworkowe.

Robię trzy zen-oddechy zanim odbiorę telefon od mojego ojca. Ostatnio odwiedziłam moją ciotkę, kuzynkę i jej małą córkę, dawno się nie widzieliśmy, nawet fajnie. Masz kogoś? Pytają. Mam, odpowiadam z małą radością w środku. A ten wie? (pytają o ojca) Nie, jeszcze nie, żyć by nie dał, przecież wiecie jaki jest. Tak samo jak nie wie o mnie właściwie nic, oprócz tych paru rzeczy, które mam odwagę mu powiedzieć. I które i tak ignoruje, nie akceptuje, zapomina itp.

Dziś rano mój fryzjer, dziecko pokopanych relacji rodzinnych tak samo jak ja, mimo że się mało znamy: powtarza mi do słuchawki szczerze i miło: jesteś moją rodziną! Nazywam siostrą, bratem osoby, z którymi nie wiążą mnie więzy krwi.

Miło. Jednocześnie wiem, że nie można być przyjacielem wszystkich. Przyjaciele wymagają uwagi i czasu - którego nie mam, żeby im poświęcać. Jednocześnie lubię ich wszystkich i staram się, żeby o tym wiedzieli. A jednak kiedy zaczynają się pretensje, że "nie mam czasu" - nie mam go, taka jestem, pojawiam się i znikam, absorbuje mnie akurat coś innego, pakuję się i wyjeżdżam. Lubię przyjaźnie, w których jak obie strony mają czas, to fajnie się spotkać, ale jak nie, to trudno, nic się złego nie dzieje. Jak zaczynają się pretensje spieprzam, gdzie pieprz rośnie. Mimo że wiem, że to nie ze złej woli. Ale nie mogę być przyjacielem wszystkich, nie mogę obiecać swojego czasu na wyłączność, że będę kogoś wszędzie ze sobą zabierać. To se ne da. Podróżowalibyśmy całym tabunem. Ale zawsze mówię, że moją rodziną są moi przyjaciele. To oni wiedzą co mam w środku, to oni wiedzą co myślę, czasem co robię, wspierają w trudnych chwilach.

Kto jest najważniejszy w Twoim życiu? - pyta koleżanka. Mój partner, mój chłopach, mój przyjaciel. odpowiadam, mój Ktoś. I to prawda, po prostu priorytet nr 1, nad tym wszystkim co z krwi i z nie-krwi. Rodzina z wyboru. Wiem, że ma ciężkie zadanie bycia moją rodziną, bo ta właściwa rodzina właściwie nie istnieje, dlatego ja skupiam się na nim. Mam nadzieję, że po prostu będzie dobrze. Zresztą - po prostu jest dobrze.

Ostatnio na spacerze spotykamy jego Tatę, przypadkiem. Sympatyczny pan, który naciera ręce pokrzywami dla zdrowia i kryje się przed rodziną z papierosem. Ktoś nie wypuszcza mojej ręki. "Mieliście gdzieś jechać?" Pyta Pan Tata. Liczba mnoga. Takie drobiazgi, a takie dla mnie ważne. Małe wzruszenie. Moje, bo Ktoś ma kamienną twarz i nie umiem odczytać żadnej emocji. Nie dopytuję, wierzę, że jest dobrze. Żebyśmy tylko jeszcze umili ze sobą coraz lepiej rozmawiać.

środa, 18 lutego 2015

Odwaga, a raczej jej brak

Odwaga mi coraz częściej szwankuje. Jakby się gdzieś zagubiła w szufladzie, niby wiesz, że gdzieś tam jest, ale kopiesz i kopiesz w tych szpargałach i nie możesz znaleźć. Ja też nie mogę. 

Moja przyjaciółka mówi mi, że to jest niedobór powstały w dzieciństwie, kiedy dziecko się boi i mówi: nie dam rady. To jest coś, czego nam rodzicie nie dali. Nie było tego, który powie: spróbuj, na pewno sobie poradzisz, zobacz, jestem tu, a Ty po prostu spróbuj, jesteś mądra/ładna/fajna poradzisz sobie, wierzę w Ciebie, na pewno Ci się uda. 

Nie, jestem za słaba, jestem zbyt głupia, inni na pewno zrobią to lepiej. Nie wiem co się stało z moją odwagą, gdzie jest. Może schowała się w skarpetce albo za pudełkiem. 

*** 

W sobotę M. miała urodziny. Nie pojechałam. W niedzielę udało mi się do niej dodzwonić. Zabalowała. No tak. 

Kot podwórkowiec jest chory. Była z nim u lekarza. A skąd miałaś pieniądze? Stasiu mi trochę dał na urodziny to wzięłam go do lecznicy obok. Za ostatni grosz, poszła z kotem do lekarza. Pierwszy raz od nie wiem kiedy jestem z niej dumna. 

Nic w życiu nie jest czarne ani białe.  

*** 

Nie ma tej odwagi, szukam jej więc w Nim. Chciałabym żeby trochę zaleczył, dał wiary we mnie, nalał z pustego. Dasz radę, ładnie wyglądasz, podoba mi się to i tamto, wierzę w Ciebie. Szukam w nim tego, co mi się zgubiło. A może nigdy tego nie było... Z pustego i Salomon. Suchą ziemię trzeba dłużej podlewać. Napełnić źródło... napoić się czyjąś wiarą we mnie na tyle, by uwierzyć w siebie. Tak mało, tak wiele. 

Moja przyjaciółka mówi: zrób to. Co możesz stracić? Nic. Ma rację.
A ja wciąż się waham. 
Na tak. Na nie. Na tak. Na nie. Chciałabym. Boję się. Chcę. Nie dam rady. 

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Zdziwienie

Dzwoni telefon znienacka, no, jakby Pani mogła przyjść dziś, bo akurat mam dyżur. Lecę po dokumenty i do biura OPSu. Mam je już gotowe, pisma z ostatnich lat, umowy, paski... i trochę się denerwuję, pamiętam taką rozmowę... Dwa? Może trzy lata temu. Była mało przyjemna, młoda dziewczyna była bardzo szczegółowa. Może chciała być sumienna, może była niedoświadczona. Długo mnie maglowała. 

MOPSy wyglądają wszystkie podobnie, zaniedbane i nieco obskurne pomieszczenia, oddech zeszłego systemu. Drzwi jakby po wojnie, jakby do bunkru, żelazne i pogięte. W biurze dwa biurka i umywalka. Nad nią lustro i kilka kafelków.  

Dziś idzie szybko, dwie kobiety za biurkiem. Z kopyta, ekspresem wypełniamy papiery, nie będę pani długo męczyć. Nie? A ja tu gotowa na spowiedź. J/w, j/w Pani wpisze. Majątek jakiś? Nie. Samochód? Też nie? Dzisiaj każdy ma samochód. Pójdę skserować. No, to zrobimy analizę budżetu. No nie za wysoka ta Pani pensja, jakie Pani ma wydatki? Mieszkanie, Internet, telefon, angielski. Zaokrąglimy, nie będę się rozdrabniać. Młoda kobieta, ile pani wydaje na ciuchy miesięcznie? Z dwie stówy? Chciałabym - uśmiecham się. Ale jeść też muszę. Za jedzenie to Pani na końcu wyliczymy, co zostanie. 
Mamie Pani udziela pomocy? Sporadycznie, proszę napisać, dary rzeczowe i żywność. Relacje z rodziną. Co Pani by tam napisała? Trudne. To niech Pani napisze brak bliskich więzi, może być? Może, Pani wie jak to ująć. Teraz ja jeszcze chcę zadać pytanie. Czy OPS tam na miejscu przymusi ją do terapii? Nie wiedzą. To już się nie dziwimy, że sporadycznie. To niech Pani zostawi, ja to już wypiszę. 

Kobieta jest jakby lekko skrępowana tym wypytywaniem, chce skończyć to szybko, siedzi do mnie lekko bokiem, nie patrzy mi w oczy. Patrzą na mnie z ukosa, kiedy się ubieram. Jak na komendę zrywają się podać mi wizytówkę, która szybciej, szperają w szufladach. 
Wreszcie jedna mówi: dobrze sobie pani radzi. Z takim zdziwieniem! Druga zaraz potwierdza, tak, tak, dobrze sobie Pani radzi. 
Radzę sobie? No, tak bez wsparcia. Bo Pani taka sama, bez oparcia w rodzicach, inaczej niż normalnie. No sama, tak wyszło w życiu. Nie wiem co powiedzieć, mówię: dziękuję - równie zdziwiona. 

Kogo się spodziewały? Miałam przyjść bezrobotna i obdarta? Zaniedbana, z gromadką dzieci? Te panie długo tu pracują czy od wczoraj? Czy naprawde grupa tych, którzy nie idą w ślady swoich rodziców jest tak mała? Nie wierzę. Znam mnóstwo takich jak ja, dorosłych dzieci alko, którzy sobie "radzą". I co to w ogóle znaczy? Finansowo? Że mam pracę? Dziwi mnie to ich zdziwienie. Myślę sobie też, że praca w OPSie w moim rodzinnym mieście to jest istny armageddon. Tam to jest walka i orka na ugorze. Może tutaj jest inaczej. A może właśnie tak samo, może stąd to zdziwienie.
Rozmawiamy jeszcze chwilę, życzymy sobie wzajemnie powodzenia. Zatrzaskuję ciężkie drzwi. 
Ciekawe co sobie powiedzą między sobą, po moim wyjściu.

piątek, 9 stycznia 2015

Wizytacja

Znów chce mnie wizytować MOPS (ośrodek pomocy społecznej), w mieście mojego zamieszkania. Tak wiem, to standardowa procedura, a jednak denerwuję się. Przed przyznaniem pomocy osobie nasze Państwo wpierw się upewnia, że rodzina delikwenta nie może mu pomóc we własnym zakresie. Już miałam jedną taką rozmowę. Przez telefon pada znów to słowo - alimenty, skurcz żołądka.

Chodzi o alimenty, jakie dziecko płaci rodzicom - jeżeli nie wiedzieliście, że takie istnieją, to witajcie w naszej bajce. Tak samo jak w wypadku odwrotnym, sytuacja indywidualna POWINNA być wzięta pod uwagę, a w praktyce - znów samodzielna decyzja przedstawiciela wymiaru sprawiedliwości. Taki widzimiś sędziego, ludzi z OPSu itp, uwielbiam tą loterię wyroków i nastawień.

I znów wiem, że JA będę się TŁUMACZYĆ. Dlaczego to, a czemu tamto. Co już zrobiłam, jakie mam nastawienie, dlaczego chcę czegoś lub nie chcę. Że znów ja mam dbać o kogoś, kto o mnie nie dba w ogóle. Bo na przykład, kiedy moja M. jest w złej fazie to "pieprzy to i nie będzie podpisywać tych świstków" w Urzędzie Pracy. Nie jest bezrobotna = nie ma ubezpieczenia. I do kogo zapuka szpital jakby coś jej się stało? Do mnie. To chyba jeden z moich największych lęków. I znów: jedni martwią się przyszłością dzieci, inni mają rodziców. I znów obca osoba, której od początku, w koło macieju. Pisma z rozpraw, pisma do sądu. Udowadnianie zarobków i wydatków. Obrona konieczna.

Zła córka odc. nasty. Jeśli nie dziesty. Bo Matki zawsze są dobre.

wtorek, 23 grudnia 2014

Spotkanie na progu świąt

Rano boli mnie brzuch przed wyjazdem na to spotkanie. D. karze się położyć i zdrzemnąć, przytula. Trochę przechodzi w ciepłym uścisku, rozluźnia, ale leżę i nie umiem zasnąć. W końcu wstaję i idę na autobus. 
Dzwoni kiedy jestem w busie: o której będziesz? I już słyszę, wyczuwam. Wypiła, lekko plącze językiem. O tej o której miałam być, cedzę przez zęby. Rozłączamy się. Jeszcze jakieś 10 km, a ja mam ochotę wysiąść i wsiąść w coś, co jedzie w drugą stronę, z powrotem. Z każdym kilometrem bardziej. Jestem napięta jak struna i już wściekła, rozżalona. 

Spotykamy się. Właściwie prawie mijam ją na rynku, kiedy coś oglądam. A Ty co, nie widzisz mnie? Mówi z pretensją. Czerwona twarz, czapka wciśnięta na uszy, przybrudzony polar. Na początek się kłócimy. Bo nie mogłaś dziś być trzeźwa, jeden dzień na chyba pół roku i nie możesz. No nie mogłam, odpowiada zła, zresztą nie jestem pijana. Boczymy się na siebie obie.

Siadamy w małej kawiarni, prawie pustej. Musiała przyjść, godzina piechotą. Przenieśli ich poza miasto. Niby lepsze trochę warunki mieszkania, ale daleko za miastem. Pewnie, jak jest problem, lepiej odizolować. Wynieść ich za miasto, niech tam siedzą i się zachleją w tym swoim sosie, i niech nikt tego nie widzi. Psują klimat jak chodzą po mieście, psują dzwoneczki, uśmiechy, pierdołeczki. Pokazują inne święta, niż te z reklam, pokazują biedę i problemy, a to przecież takie niemarketingowe. Całe życie mieszkała 3 kroki od rynku, w każdej chwili można było chociaż wyjść na miasto. 

Chce zieloną herbatę bez cukru, ja biorę kawę. Mówi: to Ty mnie nauczyłaś pić gorzką. Uśmiechamy się. Cukier zjada osobno, po kostce. Kupiłam jej ciastka, nasze, regionalne, takie jak babcia piekła. To też zjada. Je te orzechowe rogaliki i płacze. 
Bo on ją całą noc wyzywał. Bo się boi, że przez niego jej zabiorą to mieszkanie. Bo nie wie, co ma zrobić. Słucham nic nie mówiąc, bo nie wiem co powiedzieć. Doskonale znam te ich mechanizmy. Potem będzie słodki jak miód. A potem znów zachleje to tanie wino za 5 zł 2 litry i będzie się awanturował. I znów będzie płakała i się bała. A potem znów go wpuści, bo jest samotna, bo nie ma pieniędzy, bo będzie miły i słodki. 
Nie znajduję na to rady. Rozmawiamy. O tym, że jej kolega, którego spotkałyśmy był trzeźwy, lepiej wyglądał. Czy ona by tak nie mogła? Że inny, Romek prawie umarł. Że go wzięli do szpitala, a teraz do ośrodka takiego i też mu lepiej. Mówię jej, że przecież może iść do ośrodka dla ofiar przemocy. ALE ale. Tam trzeba być trzeźwym. Wiem, że nie pójdzie. 

Trochę się rozluźnia, daję jej skromny prezent. Wyjmuje i całuje każdą rzecz, przytula do twarzy miękki, ciepły materiał. Cieszy się, że modne. Pokazuje torebkę w panterkę, którą dostała i że ma pod kolor do wstawek w polarze. Jezu, jaka ona kiedyś była zadbana, wylaszczona. Myślę o tym, jaka była jak miała  30 lat. Potem idziemy coś zjeść. Spotykam kolegę, którego nie widziałam z 10 lat. Ściskamy się, cieszymy, on jest z żoną. To moja mama - przedstawiam. Patrzą na mnie zdziwieni lekko. Ona wita się i spuszcza wzrok. Wsuwa gołąbka, mówi, że może pójdzie do wujka na wigilię, bo ją zapraszał. Dobrze, idź, nie siedź tam sama. U wujka jest ciepło. Co roku tak mówi, jeszcze ani razu nie poszła. Dzwoni do niego i ochrzania go za coś przez telefon. Kończy rozmowę gwałtownym rozłączeniem. I z tej już miłej, mojej starej mamy zamienia się w tą kobietę, której nie znam, awanturującą się wiedźmę z skrzywioną miną. Na chwilę. 

Idziemy do kota. Został przy starym mieszkaniu. Moja mama zawsze znajdzie w otoczeniu jakiegoś kota, kocia mama. Zbiera wszystkie dranie z podwórek i zamienia je w mruczące kotki. Najlepszy był Diabeł, czarny król dzielnicy, ale już go nie ma, został tylko Młody, który też już urósł i zmężniał. Wchodzimy na podwórko, jest pusto i cicho. Młody, Młody chodź! - woła. I nagle zza górki już słychać jak biegnie i miauczy w odpowiedzi na jej głos, drze się, biegnie na syrenie wielki kot i przybiega prosto do jej ręki. Daje mu coś do zjedzenia co kupiłyśmy, głaszczemy. Pokazuje mi budkę, którą ktoś mu zrobił. Ma ciepłe, zimowe futro, trochę spoważniał. Zostaje i patrzy jak odchodzimy. Nie ma kogo pogłaskać w mieszkaniu, wzdycha ona.

Idziemy na zakupy, życzy sobie szprotki i majonez, jak zawsze wciskam do torby więcej. Potem odprowadzam ją na autobus. Truję, że to mieszkanie nie kosztuje dużo, naprawdę mało, że jakby znalazła nawet jakąś małą pracę, to by dała radę. Że w lecie tam będzie lepiej. Wsadzam ją w autobus, machamy na pożegnanie. 

Podobno dobro wraca do ludzi. Czemu do niej nie wraca?
Jak było u mamy? Smutno było. 

czwartek, 18 grudnia 2014

Okołoświątecznie

Zapuściłam tego bloga. Zapuściłam kontakty z moją M. Biegnie mi czas do przodu, licznik przeskoczył w trzecią dziesiątkę. I biegnie jak szalony dalej. Może dlatego zapuściłam te przemyślenia bo jest mi... dobrze. Bo coś się układa, bo czuję ciepło w środku. Wtedy mniej myślę o tym... ale gdzieś z tyły głowy lekki strach, że jak zapomnę za bardzo, to zaraz się coś przypomni samo. 
Się przypomniało kilka dni temu. M. zadzwoniła na moje urodziny, w porządku, miło, w tym roku miło. A potem okazało się, że chłopak mojej koleżanki ma identyczną sytuację jak ja - czeka go długa droga sądowa, żeby nie płacić długów alkorodziców, związanych z zameldowaniem. Współczuję mu bardzo i trzymam kciuki. Bardzo. Mnie odkręcenie tego zajęło dwa lata... dwa lata stresu. 

A do tego idą święta. Od lat już ich nie świętuję, a raczej robię to po swojemu. Bo dla każdego "święto" to coś innego. Oznacza to ogólnie: dzień inny niż zwykłe. Dzień radosny. Bożego Narodzenia nie świętuję, lubię zapach przypraw i igliwia, lubię dekoracje i ludzi, którzy uśmiechają się do siebie (jak akurat nie myją okien i nie biegają na szopingu). Do M. już od lat nie jeżdżę. Brrrrr. Zresztą całe lata wigilia nie była niczym niezwykłym, byłyśmy sobie we dwie z M. albo z kolejnym jej facetem, zjadało się co miało zjeść, oczywiście przy grającym telewizorze, chwila wzruszu, jakaś łza, prezent i spór o choinkę. Bo M. zawsze chciała sosnę z czerwonym przybraniu. A po kolacji ja wychodziłam z przyjaciółmi "na pasterkę" czyli wtedy do jedynej, czynnej w małym miasteczku knajpki. Teraz knajpki same robią "pasterki", cóż, znak czasów. Choć pamiętam też wigilię "za bajtla" na wsi, u cioci, dużo śniegu, na piechotę w nocy do kościoła, tłum rodziny. Dla dziecka to było naprawdę fajne i magiczne, żałowałam tylko, że choinka jakaś taka łysa, a nie jak z obrazka, co teraz mnie bawi bardzo. Zwłaszcza, że teraz już wiem co to podłaźniczka i że w domu moich dziadków to ona wisiała.

Tak więc wigilia znaczyła "wieczór z dobrym jedzeniem". Teraz znaczy: wieczór, przed którym muszę sie nagimnastykować jak gupia, żeby się z niego wywinąć. Bo M. już wie, że nie przyjadę. Odwiedzę ją wcześniej tylko. Zrobię zakupy. Posmucimy się. Rodzina Ojca mnie zawsze zaprasza i naprasza. Zawsze odmawiam. Jeżeli cały rok nie potrafimy ze sobą normalnie rozmawiać, nie będę udawać w jeden wieczór, że jest fajnie, miło, kochająco i chrześcijańsko. To bardzo wbrew mnie, nie będę się do tego zmuszać, tylko się wszyscy zmęczymy od zaciskania zębów. Mój ojciec mówi, że jestem taka dzika przez ich rozwód. Szkoda, że nie widzi tego, że to w jego oczach jestem dzika = mam swoje zdanie, tzn. nie żyję wg jego wizji mojego życia. A kiedy wreszcie to dziecko i kiedy wreszcie mąż? No i do kościoła, no i mogłabyś wreszcie znormalnieć. Nie mogłabym i nawet nie jest mi przykro z tego powodu. 

Już kilka razy spędzałam wigilię sama, czasem był przy mnie ktoś bliski, czasem kaflok grzał mi plecy. Czasem byłam w górach i to też było fajne. W zeszłym roku stawiłam opór społeczeństwu i przyjaciołom, którzy nie mogli zrozumieć, że nie siedzę i nie płaczę w rękaw sama w domu (choć jest mi bardzo miło, że mnie zapraszali do siebie). Za to leżałam z książką i muzyczką, paliły się kolorowe lampki, bo lubię ich światło i  nawet miałam dobre jedzenie. Naprawdę było mi dobrze. A w środku nocy odwiedził mnie miły gość i to też było bardzo ważne. To były MOJE święta. Mój niezwykły wieczór, moja wizja świątecznego czasu. Było tak, jak chciałam. 
Tylko trzeba się bardzo postarać nie myśleć, co ona teraz robi, jak spędza ten czas. Z kieliszkiem, z resztą towarzycha. Jest mi z tym smutno ale... egoistycznie wybieram siebie. Zła córka egoistka. 

Ja naprawdę chciałabym żeby było jej w życiu dobrze... tak ogólnie. W święta nie widzę dla nas rozwiązania. Wziąć ją do siebie? No way. Nie przyjedzie to raz, nie powstrzyma się od alko to dwa, umęczymy się obie, bo rozmowa z nią jest bardzo męcząca dla mnie, nie słucha, jest w swoim świecie. Mam wrażenie że alko przeżarł jej komórki mózgowe. Ja pojechać tam? Na wieczór z ochlejami, przytykami i alkoholem. No way. 

Tak wiec w tym roku też - My Way. Moje Święto. Mój niemalże-święty spokój i moje lampki. I moje za twarde pierniki w zwierzątka. I mój gość nocną porą, który przyjedzie spędzić ze mną czas, kiedy już poświęci czas swojej rodzinie - i to tez jest ok. Życzę Wam w te święta - niech to będzie Wasz czas, niech Wam będzie dobrze. Jakkolwiek.

środa, 5 listopada 2014

Artykuł 1

http://wiadomosci.onet.pl/dorosli-ktorzy-nie-zdazyli-byc-dziecmi/emn3fr

Dorośli, którzy nie zdążyli być dziećmi.
Polecam ten tekst.
"Nam, gorszym dzieciom, dobrą minę do złej gry zapisano w kodzie genetycznym."

Poczucie bezpieczeństwa

Czasem przyglądam się moim znajomym. W niektórych bardzo wyraźnie widzę siebie, widzę Dorosłe Dziecko Alkoholika/czki. Jest nas więcej. Zatrważająco dużo. Coraz więcej moich znajomych chodzi na terapie różnego rodzaju, pracuje nad sobą. Uważam, że to bardzo dobrze. Inni zupełnie nie widzą problemu. Ot, taki jestem. Bardzo sobie cenię ludzi, którzy podejmują próby pracy nad sobą. Nad swoimi emocjami. 

Co widzę w ddowcach? Wiem, że nie tylko w nich, widzę to też w dzieciach, w których rodzinie była przemoc, w dzieciach rozwodników. Dla mnie głównym znakiem, jest bardzo zaburzone poczucie bezpieczeństwa. Właściwie pierwszym i głównym objawem. Gdzie to najlepiej widać? W związku. Tam to bardzo wychodzi, w bliskiej relacji. Wiem, z czym ja mam problem.

Taki ludź będzie się bardzo bał odrzucenia. Będzie o nieodrzucenie dziwnymi sposobami zabiegał i szukał potwierdzeń swojego znaczenia. Grama pewności, do której tęskni. Rodzic-alkoholik to wielka niewiadoma. Czeka się w domu i nigdy nie wie - czy dziś przyjdzie trzeźwy? Będzie miły czy niemiły? Będzie zły? Będzie po prostu pijany... Pomoże odrobić lekcje czy zostanę z tym zeszytem w ręku sama. Dziecko traktuje ten brak uwagi jako odrzucenie. Wybrała kieliszek, a nie mnie. Coś było ważniejsze. I potem tak już będzie zawsze. 

Nie zadzwonił, ma ważniejsze sprawy ode mnie. Jak mógł pójść do kina beze mnie, na pewno mnie nie kocha. Nie wziął mnie za rękę, wstydzi się mnie. Szuka się potwierdzenia swojej ważności w innej osobie. Jeżeli trafi się na osobę, która niewiele komunikuje słowami, w jej każdym geście szuka się znaku. I w każdym geście szuka się znaku rozkładu. Wypatruje się końca świata, cały czas ma się wrażenie, że wisi nad głową i zagraża. Znudziłam mu się, już jestem zwyczajna, na pewno odejdzie. W idiotyczny sposób gdzieś w środku czeka się na najgorsze. Bo tata/mama też przez tydzień przychodzili trzeźwi, była ulga. A potem przychodził znów nagle ten dzień, kiedy wszystko brało w łeb. I czekało się każdego dnia, czy to dziś, co będzie dziś. DDA najpierw poszuka winy w sobie (byłam niegrzeczna, nie przyniosłam piątki, nie zjadłam obiadu), to moja wina, że ktoś nie wziął za tą rękę. Potem może zastanowi się, ze ten ktoś też ma problem albo inną potrzebę. 

To normalne, że ludzie przychodzą i odchodzą, taka jest kolej rzeczy. Boimy się tego, to oczywiste. Strach przed odrzuceniem też wydaje mi się normalny. Ale w nasileniu to potrafi bardzo utrudnić życie. Ktoś się zbyt kurczowo uczepi drugiej osoby i będzie na niej w każdej czynności polegał, nawet w zakupach, (bo jeśli pozwolę mu na wolność, to na pewno mnie zostawi samą), ktoś będzie zadawał za dużo męczących pytań, szukając potwierdzenia. Ktoś będzie reagował na każdą pierdołę, jak na groźbę odrzucenia, nie zadzwonił, nie napisał, nie kupił kwiatów, zapomniał kupić o co prosiłam = nie myśli o mnie, nie jestem ważna. 

Popełniłam w swoich relacjach masę błędów. Uczepiałam się kogoś, szukając wyłącznie w nim poczucia bezpieczeństwa. Wymagałam dużo, trzymałam zbyt krótko linę, która ma łączyć. Intensywny kontakt i płacz jak tylko ktoś się nie odzywał. Miliony pretensji. Pędzenie do domu z sercem na ramieniu, bo przecież nie było mnie aż dwie godziny. Bywało że robiliśmy wszystko razem, nie zostawiając przestrzeni na swobodny oddech. Potem zostawała tylko ogromna pustka do załatania. Do tego dochodzą jeszcze wzmocnione traumy, jeśli ktoś faktycznie porzuci, zniknie, zrani. 

Pytanie brzmi: czy znając swoją słabość, od razu umie się ją pokonać? Moja odpowiedź na dziś brzmi: nie. Są dni, że się wkurzam, są wieczory, w które płaczę. Czasem okazuje się, że niepotrzebnie. Pytanie nr dwa - czy Twoja bliska osoba, która zna Twoją słabość, będzie pomagała Ci ją pokonać? Czy zrozumie, że czasem potrzebujesz potwierdzenia tego, że po prostu jest, że Cię zaraz nie zostawi i nie zniknie - przegnania irracjonalnego lęku? Czy raczej będzie warczała, uważała, że przesadzasz, że terroryzujesz? Czy uda się pogodzić jej/jego i twoje potrzeby, lęki i pragnienia...? Znaleźć złoty środek... 

Spec od komunikacji międzyludzkiej, moja Friend, uczy mnie: mów o swoich potrzebach. Powiedz: jest mi bardzo źle kiedy..., wyślij mi choć przecinek, żebym wiedziała, że jesteś. Bez przecinka niby też wiem, że jesteś. Ale potrzebuję potwierdzenia. Bo bardzo się boję i nie wynika to, z tego, co zrobiłeś, ale z tego, że jestem zaburzona. Przecież wiem, że mdz poniedziałkiem i środą są tylko dwa dni. Ale przychodzi moment, kiedy to jest dla mnie: aż. Moje lęki siedzą pod poduszką i wkładają mi w rękę telefon, mówiąc zadzwoń, napisz, zapytaj. Zapytaj czy jest, poproś o znak. Z proszeniem też mam problem. Wydaje mi się, że to proszenie o łaskę. A jak już poproszę i nie ma odzewu... to już w ogóle kanał. No bo zakomunikować o sobie to jedno, a co zrobi z tym drugi człowiek? Przyjmie do wiadomości i nie zrobi nic? Zareaguje? Uspokoi? Że ma gorszy dzień, a nie własnie myśli o odchodzeniu? Że go wkurzył ktoś, że źle spał, że boli brzuch, że o czymś intensywnie myśli. I że to od razu nie oznacza: nie chcę Cię, odchodzę. Że zły humor nie przeze mnie. Rozumiecie tą irracjonalność? 

Dla mnie to bardzo trudne. Chciałabym tak komunikować, chciałabym, żeby druga strona umiała zaakceptować i zrozumieć. Jest teraz przy mnie ktoś, z kim relacji bardzo chciałabym nie spieprzyć swoimi zaburzeniami. Jest ktoś, przy kim się wiele uczę, dostaję lekcje siebie, swoich emocji, ale też mam ogromną ilość lęków. Jest ktoś, kto ma swoje, jak każdy.  

Patrzę na swoich znajomych, na ich relacje, słucham. Czasem chciałabym komuś powiedzieć, nie bój się, wiem, że w środku się boisz, że odejdzie. Twoje wewnętrzne dziecko bardzo się boi. Czasem nie mogę tak wprost tego powiedzieć, czasem ktoś nie ma z tym problemu. Nie można pomóc całemu światu (a szkoda), obym umiała sobie, nam, układać kolejne puzzle. I nie zwalać układanki jednym ruchem, ze strachu, z żalu czy złości. 

Jestem bardzo mała, jestem z mamą u sąsiadki. Ona ma córkę w moim wieku. Trochę zaborczą, aktywną dziewczynkę, co się niczego nie boi. Ja jestem ciepła klucha, strachliwa, uczepiona mamy, nieprzebojowa. Nagle z głupoty ona udaje, że jest córką mojej mamy. Przykleja się do niej i mówi: mamusiu, jesteś moją mamą, a ja twoją córeczką. Chce żebym ja udawała córkę sąsiadki. I wtedy ja dostaję histerii, nie daje się mnie uspokoić. To moja mama płaczę, moja! Mamo, powiedz, że jesteś moja. Powiedz, mamo. 

piątek, 31 października 2014

Podobno

Ktoś mi powiedział, że przepracować można dopiero sprawy, które są zakończone, dopóki trwają nie jest to możliwe. Zasada pierwszej pomocy mówi: w ranach się nie grzebie. Chyba, że są stare i wciąż się jątrzą. Ale nie w świeżych. Podobno.

Czasem jest mi wstyd za to, o czym myślę.
Kiedyś powiedziałam to na głos. Do dziś mi wstyd.
Przemyślenia okołozaduszne... ciężka rzecz.
Przecież naprawdę nie życzę nikomu śmierci, wyłącznie dobrego życia.
Ostatnio mój wuj mówi: zrób coś, ja jej daję rok przy tym tempie chlania. Zachleje się. Zobacz jak już wygląda.

Wczoraj Ona dzwoni i mówi: siedzimy sobie ze Stasiem i mamy Cię w dupie.
Nie zrozumiałam. Albo alko zniekształciło przekaz, albo nie mam pojęcia co mówi do mnie jej podświadomość.

Nie chciałam Ciebie mieć, powiedziała kiedyś. Całe 9 miesięcy nie chciałam, aż do momentu kiedy się urodziłaś. A potem bym Cię zjadła, taka byłaś cudowna, zacałowałabym Cię, zeżarła z tej miłości.

wtorek, 28 października 2014

P.s.

A najbardziej mnie irytuje, że mnie to kompletnie rozwala. 
Nie mogę się skupić na pracy, której mam dziś naprawde dużo. Szukam tu ujścia, zamiast robić co mam zrobić. Więc opuszczam się w pracy i zmuszam nawet do prostych czynności. 
I nagle gdzieś pryska radość, którą mam, choć jest naprawdę wiele rzeczy, z których się mogę cieszyć. Małych, dużych. Coś co jeszcze wczoraj dało mi dużo radości, stalo się nagle obowiązkiem, przytłumiło. Mam ochotę się zwinąć w kulkę i zasnąć. Uruchamia mi się senność jako mechanizm obronny mózgu. 
I znów muszę wyjść z tego, otrząsnąć się, przypomnieć sobie, jak się uśmiecha. Nie znoszę tego, nie znoszę. Dlatego tak bardzo marzę o św. Spokoju. Żeby mnie nic tak łatwo nie wytrącało z równowagi, którą z trudem łapię. Ile razy mogę się ustawiać do pionu i tracić go w jednym tygodniu?

Szlag by to trafił. 
Chcę się cieszyć. Nie być wciąż zmierzła i humorzasta. Za oknem wyszło słońce, złoci się klon. Chcę się tym cieszyć, a nie siedzieć tu z marsem na czole. Chcę. 

Kontrasty

Dzwonią do mnie w pracy.
Potem trzęsą mi się ręce, dobrze, że akurat nikogo w biurze nie ma, bo oczywiście się wkurzam i podnoszę głos. 
Pancia z biura w rozklekocie. 

Nie odbierają pism, nic nie robią, w dupie wszystko mają. A teraz zrób coś i zrób. 
Duch święty i czardziejka im potrzebna. 
Zadzwoń ją opiedolić, mowi ten świr. No więc tak, mam zadzwonić tak z ulicy do prezeski ZBMu i ją opierdolić za to, że właściwie nie wiem co. Że jestem córką, może za to. Zrób coś dla matki, wydziera się ten świr, masz niewyparzoną gembę to tam zadzwoń. 
Więc i ja podnoszę głos. Bo może byście wreszcie coś k.wa sami z sobą zrobili? Zamiast tylko polewać i pierdolić? A może byś wzięła dupę w troki i poszła tam porozmawiać? Zamiast napadać na wszystkich i na mnie?

Czarna sukienka, kozaczki, wyższa pierdolencja. Moja wyższa pierdolencja wydziera się w biurze, w niecenzuralnych słowach. Cudnie. 

No i oczywiście dzwonię do tego ZBMu, bo przecież nie da sie od nich nic sensownego dowiedzieć. Pani z ZBMu rozmawia ze mną spokojnie, dowiaduję się o przeniesieniu do budynków socjalnych, mówi, że jeżeli chodzi o standard to lepiej. Ale oczywiście wszystko na prąd, trzeba będzie płacić. Jest zmieszana, kiedy się dowiaduje, że to córka. Ja nie jestem. Czuję się jakby mi twarz skamieniała, kamienna maska, miły głos. To nie ja. Już z tyloma osobami rozmawiałam o tym. Już tyle wstydu przy niej zeżarłam. 
Jedna łyżka więcej. 

Dzwonię do niej i mówię, żeby się wzięła w garść, że może to jakaś zmiana na lepsze jest. Tylko musi się spiąć. I odbierać do cholery te pisma. Boże, dobrze, że jestem daleko. Chyba bym ich tam rozszarpała. Dziękuje i pyta: a kiedy przyjedziesz? 
Nie wiem, nie szybko - odpowiadam. 
A mam ochotę powiedzieć: już nigdy.